Zygmunt Miłoszewski

„Jak zawsze” Zygmunt Miłoszewski

Jak zawsze długo zbierałam się, żeby czytać „Jak zawsze”. Bardzo tego żałuję. Gdy tylko zaczęłam czytać nową książkę Miłoszewskiego nie mogłam się oderwać. Zauroczyła mnie. Dała do myślenia. I pierwszy raz w życiu pomyślałam sobie „Kurczę, chciałabym żeby to nakręcili”. Tak, obejrzałabym sobie „Jak zawsze”.

Przepiękna historia o tym, co by było gdyby… Każdy z nas chciałby dostać swoją szansę, żeby przeżyć swoje życie „od nowa”. Podjąć inne decyzje, być może związać się z kimś inny, spotkać ludzi, których już z nami nie ma. Miłoszewski daje nam tą szansę. I co? I wychodzi na to, że nic nie dzieje się przypadkowo, że tak zwana karma i tak i tak nas dopadnie. Mimo możliwości, nie da się „ot tak” zmienić tego co jest zaplanowane dla nas tam na górze.

Pełna humoru, groteski z nutką fantazji książka, której akcja toczy się w lekko futurystycznej Warszawie. (Nie wiem czy futurystyczna to dobre słowo, ale już niech tak zostanie). Miłoszewski daje nam szansę pospacerować w powojennej Warszawie (uwaga!), w Warszawie, gdzie nie ma Pałacu Kultury(!). Bardzo chciałabym po takiej Warszawie pospacerować.

No i zakończenie. Liczyłam, bardzo liczyłam na to, że skończy się happy endem. Nic w tym mylnego. Autor zostawia nas z otwartą sceną i akcją, taką, gdzie możemy sami napisać sobie koniec. Ja nie napisałam. Za bardzo się bałam ująć w ryzy,w schematy, bohaterów, których bardzo polubiłam. Wolę myśleć, że żyją sobie (gdzieś tam) w równoległym wszechświecie.

Reklamy
Marek Rybarczyk

„Tajemnice Windsorów” Marek Rybarczyk

Po „Tajemnice Windsorów” sięgnęłam zaraz po obejrzeniu serialu „The Crown”. Kto widział ten wie, a kto nie widział to gorąco polecam. Marek Rybarczyk (ponoć) jest osobą, która w jakiś sposób miała kontakt z kimś, kto pracował w pałacu Windsorów. Gdzieś na początku książki zostało to wspomniane, ale uwierzcie w całym chaosie tej książki, gdzieś mi to umknęło.

Tak, ponieważ książka jest jak najbardziej chaotycznie napisana i stara się przedstawić jak najbardziej pikantne szczegóły z życia „royalsów”… Tylko, że chyba każdego z nas bardziej interesują suche, ale ciekawe fakty, niż to, że być może (jak wynika z tej książki) wszyscy mężczyźni z rodziny królewskiej byli i są biseksualni. Szczerze powiedziawszy nie interesuje mnie, że ktoś miał z kimś romans, albo że Filip jeździł na orgie do Rzymu. Oczywiście są to pikantne fakty, które chciałabym przeczytać i zapomnieć, ale oczywiście nie da się, bo o wierności członków królewskiej rodziny czytamy prawie na każdej stronie. Niestety książka napisana jest bardzo chaotycznie. Raz o królowej Wiktorii, znowu zaraz o Elżbiecie, potem o Dianie, a potem znów o Wiktorii. Jeśli nie zna się poszczególnych postaci z „royalsów” (ja dzięki Bogu obejrzałam wcześniej serial!) to ciężko się połapać, co i jak, kto z kim i dlaczego.

Marek Rybarczyk stara się przedstawiać rodzinę królewską jak prawdziwą rodzinę z krwi i kości. Zabiera im tą cząstkę magii i tajemnicy, która zawsze otacza mury ich pałaców. Robi to w miarę umiejętnie, tylko dlaczego zawsze to, że jesteśmy śmiertelnikami musi oznaczać zdradę i seks? Przecież nie we wszystkich rodzinach pojawia się ten problem.

Książka sięga czasów zmiany nazwiska rodziny Windsorów ich powiązań z Hitlerem, aż po czasy Kate i Williama. Bardzo szczegółowy opis wypadku Diany (za to bardzo dziękuję autorowi), aż po narodziny pierwszego prawnuka królowej Elżbiety II. Ona sama ukazana jako tylko i wyłącznie królowa, która jest trochę obojętna na los swoich dzieci.

Oczywiście biorę pod uwagę fakt, że Marek Rybarczyk jest wieloletnim dziennikarzem BBC i w jego książce przeważa styl dziennikarski, dzięki czemu tekst czyta się lekko i zrozumiale, ale chaos wprowadzony przez autora i skupienie się na łóżkowych sprawach bohaterów w połowie książki zaczyna męczyć. Skończyłam ją tylko dlatego, że nie lubię odkładać na półkę nieskończonych dzieł.

Eric-Emmanuel Schmitt

„Dziecko Noego” Eric-Emmanuel Schmitt

Szmitta poznałam oczywiście banalnie, ponieważ od „Oscara i Pani Róży”. Oczywiście nic w tym nadzwyczajnego, ponieważ jest to chyba jego najsłynniejsza książka, ale (o dziwo!) dzisiaj nie o niej.

Eric-Emmanuel Szmitt stał się jednym z moich ulubionych autorów od pierwszych kartek już wspomnianego Oscara. Każda jego książka, choć o różnej tematyce, zawsze ale to zawsze wstrząsa mną, aż po same stopy. Ciągle chcąc więcej i więcej. Tak było też w przypadku „Dziecka Noego”. Przepiękna, krótka (dla nielubiących czytać) historia okupowanej Belgii, księdzu i młodym żydowskim chłopcu Josephie. Wzruszające opowiadanie o przekraczaniu swoich barier, walce z okupantem, ale też zachowaniem w tym wszystkich własnych wartości i swojego honoru, ale także dążenie do zachowania uniwersalnych wartości w obliczu wroga.

Jest to również przepiękna historia, która uczy nas bezinteresownej pomocy i tolerancji, które można przenieść do czasów współczesnych. Bo czyż nie byłoby przyjemnie, gdyby każdy szanował naszą wiarę, a nawet zachęcał do pogłębiania, a nie (dla wygody i bezpieczeństwa) odrzucenia jej? Czyż nie właśnie takiej postawy powinniśmy uczyć się właśnie z takich książek?

Wojenna Belgia, a w niej żydowski chłopiec pozostawiony na łaskę chrześcijańskiego księdza. Dziecko, które zostało bez rodziców, nie rozumiejąc co się z nimi dzieje, co w ogóle wyprawia się na tym wielkim świecie. Wie tylko, że nie ma już ciepłych butów, jedzenia, mieszka w obcym miejscu bez mamy i taty, którzy nagle gdzieś zniknęli. I właśnie w takiej sytuacji przeżywamy z nim dni i noce, gdzie z dziecinną naiwnością wierzy, że świat się zmieni. Dzięki księdzu, który przyjął go do swojego ośrodka udaje mu się przetrwać ten jakże ciężki czas.

Książka piękna, raz przeczytana zostaje w sercu na lata.

Edward Stachura

„Listy do pisarzy” Edward Stachura

Czy są tu jacyś fani Edwarda Stachury? Pierwsza podnoszę rękę, nawet dwie. Nie jest lekki, oj nie jest. Każdy, któremu wpadł w ręce choć jeden wiersz, choć jedno opowiadanie, ten wie o czym ja mówię. Czym są cudowne manowce? Czemu jestem niczyj? Czasami sama sobie myślałam „mój Boże, o co w tym wszystkim chodzi?”. A jednak! Zakochałam się. Wpadłam jak śliwka w kompot. Ostatnie moje 6 lat życia to Stachura. Moja praca maturalna, licencjacka, magisterska to Stachura. A najlepsze w tym jest to, że z dnia na dzień zakochuję się jeszcze bardziej… 🙂

Dzisiaj mam dla Was „Listy do pisarzy”. Bardzo ważne jest to, że do dyspozycji mamy tylko listy, które wysyłał Stachura,  ponieważ otrzymywaną korespondencję poeta spalił. Dlatego też mamy przed sobą przepiękną biografia Stachury napisaną przez niego samego. Czas nadania tych listów to lata 1956-1976, więc praktycznie całe poetyckie dojrzewanie Stachury. Kończą się na krótko przed jego samobójczą śmiercią.  Podczas całej książki można dostrzec wzloty i upadki Stachury, gorsze i lepsze dni, które wyrażają się w niektórych napisanych słowach. Ale przede wszystkim widzimy poetę, który stara się dojrzewać, dorastać i po prostu pisać. I nawet jeśli znamy Stachurę jako pisarza piosenek, wierszy i opowiadań, myślę, że tą korespondencję także możemy potraktować jako literaturę, a nie jako zwyczajny „list”. Każdy wers, szyk zdania, a nawet podpis jest szczegółowo przemyślany. Nic nie pojawia się tam „ot tak”.

Mimo iż listy (jak sama nazwa wskazuje) wysyłane są do pisarzy, większość z tych adresatów, jest także przyjaciółmi Stachury, dzięki czemu można dostrzec jego różne zachowania w relacjach z ludźmi, których nie dostrzeżemy w żadnych jego utworach. Pojawia się więc pytanie, czy poprzez te listy poznajemy prawdziwego Stachurę? Z jednej strony wydaje się, że tak, ponieważ przedstawiają nam też poetę, jako „zwykłego śmiertelnika”, który nie szuka cały dzień cudnych manowców, bo musi zarobić na chleb, musi zrobić pranie czy po prostu się wyspać. Jednak patrząc na to z drugiej strony, to przecież Stachura trochę traktował te listy jako literaturę, więc pisał je z zamiarem publikacji. Więc mamy prawdę czy literacki fałsz?

Processed with VSCO with x1 presetProcessed with VSCO with t1 preset

Jednak mimo wszystko najważniejsze są listy ostatnie (być może właśnie tylko te prawdziwe), gdy poeta zaczyna stawać się człowiekiem-nikt. Jest to najpiękniejsza, a zarazem najbardziej dramatyczna walka „o siebie” i „swoje ja”. Niestety Stachura przegrywa tą walkę i w ostateczności człowiek-nikt prowadzi go do śmierci.

„Listy do pisarzy” zostały zredagowane przez Dariusza Pachockiego. Na wstępie zawarta jest przedmowa, która wprowadza czytelnika w krótkie życie, ale także specyfikę listów Stachury. Korespondencja podzielona jest na adresatów, gdzie przed każdą częścią umieszczonych jest kilka słów o adresacie i jego znajomości ze Stachurą.  Ułatwia to zrozumienie danego działu listów i patrzenie na nie przez pryzmat poziomu zażyłości. Wydaje mi się, że Dariuszowi Pachockiemu należą się ogromne ukłony wdzięczności, za ogarnięcie tak ważnej dla literatury korespondencji, co zapewne nie było łatwie, biorąc pod uwagę minione lata.

Processed with VSCO with x1 preset

Listy Stachury zdecydowanie na tak! 🙂

Jojo Moyes

„Dziewczyna, ktora kochales” Jojo Moyes

Przygodę z Jojo Moyes zaczęłam właśnie od książki „Dziewczynka, którą kochałeś”. Nie dlatego, że naczytałam się wielu wspaniałych opinii o tej autorce, wręcz odwrotnie nic na jej temat nie wiedziałam. Zakochałam się po prostu w okładce tej książki. Jest przecudownie współczesna, przypominająca mi moje ukochane Mazury i jeziora. Z reguły nie ocenia się książki po okładce, ale tym razem trafiłam w sendo. Jojo Moyes sprawiła, że zakochałam się w jej literaturze od pierwszego wejrzenia (dosłownie!).

 

 

Pisarka przenosi nas w świat dwóch kobiet, przed którymi stawia nie lada wyzwanie. Choć tak różne, żyjące w zupełnie innych czasach mają jedną, ważną scalającą rzecz: miłość, którą ktoś im odebrał. Powszechnie wiadomo jak ogromnie boli utracona miłość, ale jeśli dodać do tego jeszcze wojnę, śmierć, depresję widzimy ogromną tragedię tak młodych i silnych kobiet. Bo były one silne, to nie ulega wątpliwości. Po pierwszej części trochę się bałam ckliwości, lukru i happy endu, ale nic tak mylnego. Moyes tworzy postaci tak jak lubię. Zaskakująco. Niekonwencjonalnie. A zakończenie choć z happy endem, wywołuje wzruszenie i uczucie ulgi, że jednak im się udało, więc może i mi się w końcu uda?

Język autorki jest bardzo lekki, czasami wydawało mi się, że aż za bardzo. Jednak dzięki temu książkę czyta się dobrze, z możliwością skupienia się na czymś więcej niż poszczególne słowa. Brakuje niedopowiedzeń, czytania między wierszami. Być może dlatego, że jest to zadanie wierszy, a nie literatury popularnej. A dodatkowo przynajmniej język nie odstraszy nawet tych, którzy z literaturą są „na bakier”. 😉

Książka oderwała mnie całkowicie od rzeczywistości. Nie tylko przez okładkę, którą podziwiam teraz na mojej półce. W dwa dni pochłonęłam całą książkę, ale jej treść noszę w sobie przez cały czas. Zdecydowanie polecam każdemu, kto potrzebuje oderwać się od rzeczywistości na kilka dni. Jednak ostrzegam, po skończeniu zatęsknisz za bohaterami i ich życiem nie do końca spokojnym, ale jakże przepięknym i motywującym… do bycia dobrym człowiekiem. 🙂